Wyjaśnienie nastąpi, jak przyjdą kłębki!
piątek, 13 maja 2016
czwartek, 12 maja 2016
Redukcja...
Zdarza się Wam odczuwać przesyt? Macie czasem wrażenie, że posiadane przez Was rzeczy WAS biorą w posiadanie, otaczają i przytłaczają?
Dochodzicie do wniosku, że nadmiar?
Mnie takie refleksje zaczęły nachodzić kilka miesięcy temu. Zaczęło się prosto - spojrzałam na puderniczki Strattona, zamknięte w szafce i zobaczyłam, jakie są zakurzone. Zaraz, jak to - zakurzone. Moje Strattony? No właśnie. Moje Strattony, zgromadzone i zdobyte z trudem, przez prawie rok leżały nietknięte. Tak samo stylizowane na vintage ubrania, buty, torebki, całkowicie nieprzystające do mojego trybu życia. Kosmetyki, lakiery do paznokci, Burdy, tkaniny... w 30-metrowym mieszkaniu zgromadziłam sporo. Po co?
Oczywiście refleksje to jedno, a działanie to drugie :) Te przykładowe Strattony wystawiłam na sprzedaż w grupie miłośniczek vintage na facebooku... i pokątnie cieszę się, że nie ma chętnych. Z żądzą posiadania trudno się walczy...
Ale w innych dziedzinach było mi łatwiej. Wyniosłam wiele worków nienoszonych ubrań i butów do kontenera PCK. Przejrzałam zapasy kosmetyczne i zostawiłam wyłącznie to, czego używam i co dobrze robi mojemu ciału. Oddałam nieużywane lakiery i kolorową tanią biżuterię Bratanicom mojego Męża, sprawiając im frajdę. Przejrzałam ręczniki, pościel, domową chemię i naczynia. Zostawiłam wyłącznie rzeczy użytkowane, w dobrym stanie.
Wiele jeszcze przede mną, ale widzę efekty.
W szafie mam luzy. Ujawniła się baza kolorystyczna - ubrania szare, granatowe i czerwone, w których czuję się doskonale, które wzajemnie się uzupełniają i pasują do mojego życia. Łatwiej teraz uzupełniać braki, kiedy się wie, czego właściwie potrzeba.
Zastąpiłam tradycyjne lakiery do paznokci hybrydami 3 w 1. To była dość kosztowna inwestycja, ponieważ musiałam kupić lampę UV i niezbędne preparaty. Mam jednak trzy podstawowe kolory, pasujące do ubrań, które trwają nienaruszone do 10 dni, a potem zmywają się bardzo łatwo i nieinwazyjnie.
Kupiłam wymarzoną hulajnogę. Hulam do pracy z wiatrem we włosach i muchami na radośnie wyszczerzonych zębach :) Jeśli zobaczycie "ryczącą czterdziestkę" zasuwającą na hulajnodze, uciekajcie z drogi. To będę ja :)
Zaskakujące było to, że redukcja właściwie nie objęła książek. Mamy tylko te, które chcemy mieć na zawsze, do których wracamy.
Kłębki i szmatki do patchworku też redukcji nie podległy, wiadomo. Tu nawet następuje proces mnożenia, ale dość kontrolowany... finansowo.
Tymczasem z frontu robót:
* kremowy Date Maker został spruty. W takiej formie nie byłby przez mnie noszony, więc kłębki wróciły do projektu kocykowego, skąd właściwie przyszły. Kwadraciki szydełkowe mnożą się pomału.
* zakupiona dawno temu alpaka z jedwabiem w kolorze kota rosyjskiego niebieskiego została wzięta na druty i powstaje z niej dość zadziwiająca forma - Folded Square Cardigan. Jest to 300 oczek w jednym ciągu, przerabianych ściegiem francuskim. Na razie nuda :)
Zdjęcie z bloga Purl Soho, od autorki wzoru. Włóczka wydaje się być dobrym wyborem, jest jedwabista, lejąca, miękka...
A tu już mój kawałek:
* sześciokąty z poprzedniego wpisu przemieniły się w parówkę. Wełnianą parówkę :)
Dochodzicie do wniosku, że nadmiar?
Mnie takie refleksje zaczęły nachodzić kilka miesięcy temu. Zaczęło się prosto - spojrzałam na puderniczki Strattona, zamknięte w szafce i zobaczyłam, jakie są zakurzone. Zaraz, jak to - zakurzone. Moje Strattony? No właśnie. Moje Strattony, zgromadzone i zdobyte z trudem, przez prawie rok leżały nietknięte. Tak samo stylizowane na vintage ubrania, buty, torebki, całkowicie nieprzystające do mojego trybu życia. Kosmetyki, lakiery do paznokci, Burdy, tkaniny... w 30-metrowym mieszkaniu zgromadziłam sporo. Po co?
Oczywiście refleksje to jedno, a działanie to drugie :) Te przykładowe Strattony wystawiłam na sprzedaż w grupie miłośniczek vintage na facebooku... i pokątnie cieszę się, że nie ma chętnych. Z żądzą posiadania trudno się walczy...
Ale w innych dziedzinach było mi łatwiej. Wyniosłam wiele worków nienoszonych ubrań i butów do kontenera PCK. Przejrzałam zapasy kosmetyczne i zostawiłam wyłącznie to, czego używam i co dobrze robi mojemu ciału. Oddałam nieużywane lakiery i kolorową tanią biżuterię Bratanicom mojego Męża, sprawiając im frajdę. Przejrzałam ręczniki, pościel, domową chemię i naczynia. Zostawiłam wyłącznie rzeczy użytkowane, w dobrym stanie.
Wiele jeszcze przede mną, ale widzę efekty.
W szafie mam luzy. Ujawniła się baza kolorystyczna - ubrania szare, granatowe i czerwone, w których czuję się doskonale, które wzajemnie się uzupełniają i pasują do mojego życia. Łatwiej teraz uzupełniać braki, kiedy się wie, czego właściwie potrzeba.
Zastąpiłam tradycyjne lakiery do paznokci hybrydami 3 w 1. To była dość kosztowna inwestycja, ponieważ musiałam kupić lampę UV i niezbędne preparaty. Mam jednak trzy podstawowe kolory, pasujące do ubrań, które trwają nienaruszone do 10 dni, a potem zmywają się bardzo łatwo i nieinwazyjnie.
Kupiłam wymarzoną hulajnogę. Hulam do pracy z wiatrem we włosach i muchami na radośnie wyszczerzonych zębach :) Jeśli zobaczycie "ryczącą czterdziestkę" zasuwającą na hulajnodze, uciekajcie z drogi. To będę ja :)
Zaskakujące było to, że redukcja właściwie nie objęła książek. Mamy tylko te, które chcemy mieć na zawsze, do których wracamy.
Kłębki i szmatki do patchworku też redukcji nie podległy, wiadomo. Tu nawet następuje proces mnożenia, ale dość kontrolowany... finansowo.
Tymczasem z frontu robót:
* kremowy Date Maker został spruty. W takiej formie nie byłby przez mnie noszony, więc kłębki wróciły do projektu kocykowego, skąd właściwie przyszły. Kwadraciki szydełkowe mnożą się pomału.
* zakupiona dawno temu alpaka z jedwabiem w kolorze kota rosyjskiego niebieskiego została wzięta na druty i powstaje z niej dość zadziwiająca forma - Folded Square Cardigan. Jest to 300 oczek w jednym ciągu, przerabianych ściegiem francuskim. Na razie nuda :)
Zdjęcie z bloga Purl Soho, od autorki wzoru. Włóczka wydaje się być dobrym wyborem, jest jedwabista, lejąca, miękka...
A tu już mój kawałek:
* sześciokąty z poprzedniego wpisu przemieniły się w parówkę. Wełnianą parówkę :)
wtorek, 29 marca 2016
No i to by było na tyle w kwestii sześciokątów :p
Naprawdę się starałam. Przeczytałam różne wskazówki, zmieniałam szydełka, ale sześciokąty wychodziły paskudne, nierówne, pomiętolone.
Cóż było robić? Ano kwadraty...
:)
Dziergałam sobie cichutko, przed pracą (w święta miałam nocne zmiany), rytmicznie ruszając szydełkiem i szczęką :)
Po napięciu zmoczonego segmentu przyjrzałam mu się uważnie. Podoba mi się, więc będę robić kolejne segmenty i całość połączę w pled - co prawda po drodze pojawiła się myśl o przerobieniu tego kawałka na poduszkę, ale się nie ugnę :)
(oczywiście po zrobieniu zdjęcia musiałam odpiąć blokowany segment i poprawić, wiadomo. Na zdjęciu lepiej widać jakoś!)
A tu już moi nowi kumple, african flowers. Jakoś muszę okiełznać te cholerne sześciokąty, prawda?
Cóż było robić? Ano kwadraty...
:)
Dziergałam sobie cichutko, przed pracą (w święta miałam nocne zmiany), rytmicznie ruszając szydełkiem i szczęką :)
Po napięciu zmoczonego segmentu przyjrzałam mu się uważnie. Podoba mi się, więc będę robić kolejne segmenty i całość połączę w pled - co prawda po drodze pojawiła się myśl o przerobieniu tego kawałka na poduszkę, ale się nie ugnę :)
(oczywiście po zrobieniu zdjęcia musiałam odpiąć blokowany segment i poprawić, wiadomo. Na zdjęciu lepiej widać jakoś!)
A tu już moi nowi kumple, african flowers. Jakoś muszę okiełznać te cholerne sześciokąty, prawda?
sobota, 26 marca 2016
Znowu sześciokąty...
W poprzednim życiu niewątpliwie musiałam być pszczołą, to jedyny logiczny argument tłumaczący moją miłość do sześciokątów. Miód też lubię, wszystko się jakby zgadza, prawda? :)
Dziś rzecz o szydełkowych sześciokątach, do których przymierzam się od dawna. Schowałam dziś zatem pled świąteczny, odłożyłam do jesieni, chociaż starałam się dość często dodawać do niego po rządku lub dwóch. W chłodniejszej aurze wrócę do niego i będę sobie znów planować gwiazdkowe święta :)
Tymczasem w ruch idą kłębuszki Baby Wool w pastelowych barwach. Poniżej prezentacja ochotników:
Najpierw chciałam dać bardzo jaskrawe środki, stąd obecność tej pomarańczy i zieleni, która na zdjęciu wyszła wiosennie, a w rzeczywistości jest bardzo... kamizelkowo-drogowa!
Doszłam więc do porozumienia z moim zmysłem estetyki (kolorystycznie skrzywionym, jak wiecie)
i uznałam, że pastele ładnie będą wyglądać z kremowymi środeczkami. Zwłaszcza, że całość ma być zamknięta szarym kolorem, obramowującym każdy jeden sześciokąt! Ładny szary odcień uciszy, uspokoi całość... toteż niewątpliwie będę zmuszona zrobić kolejne pledy w bardzo jaskrawych i nasyconych kolorach, żeby poczuć się usatysfakcjonowaną! Co ja na to poradzę, że lubię czerwony
z niebieskim?
Jedno zdjęcie musiało oczywiście stanąć okoniem i się odwrócić :)
A największa zaleta tego projektu jest taka, że sześciokąty będą zszywane, nie łączone w trakcie roboty. Co oznacza, że mogę mieć zawsze w różnych okazjach kłębek z sobą! Przygotuję sobie pewną ilość kremowych środeczków i już. W drogę, z szydłem pod pachą :)
Dziś rzecz o szydełkowych sześciokątach, do których przymierzam się od dawna. Schowałam dziś zatem pled świąteczny, odłożyłam do jesieni, chociaż starałam się dość często dodawać do niego po rządku lub dwóch. W chłodniejszej aurze wrócę do niego i będę sobie znów planować gwiazdkowe święta :)
Tymczasem w ruch idą kłębuszki Baby Wool w pastelowych barwach. Poniżej prezentacja ochotników:
Najpierw chciałam dać bardzo jaskrawe środki, stąd obecność tej pomarańczy i zieleni, która na zdjęciu wyszła wiosennie, a w rzeczywistości jest bardzo... kamizelkowo-drogowa!
Doszłam więc do porozumienia z moim zmysłem estetyki (kolorystycznie skrzywionym, jak wiecie)
i uznałam, że pastele ładnie będą wyglądać z kremowymi środeczkami. Zwłaszcza, że całość ma być zamknięta szarym kolorem, obramowującym każdy jeden sześciokąt! Ładny szary odcień uciszy, uspokoi całość... toteż niewątpliwie będę zmuszona zrobić kolejne pledy w bardzo jaskrawych i nasyconych kolorach, żeby poczuć się usatysfakcjonowaną! Co ja na to poradzę, że lubię czerwony
z niebieskim?
Jedno zdjęcie musiało oczywiście stanąć okoniem i się odwrócić :)
A największa zaleta tego projektu jest taka, że sześciokąty będą zszywane, nie łączone w trakcie roboty. Co oznacza, że mogę mieć zawsze w różnych okazjach kłębek z sobą! Przygotuję sobie pewną ilość kremowych środeczków i już. W drogę, z szydłem pod pachą :)
czwartek, 17 marca 2016
Nowy nabytek
Chwaliłam się już przed facebookowymi obserwatorami moim nowym nabytkiem. Jest to serwis z bawarskiej, dość cienkiej porcelany; niezbyt może wytworny, ale prosty i oszczędny w formie. Gdy zobaczyłam go w serwisie Allegro, gdy poczułam, że jego kolorystyka pasuje do każdej pory roku - cóż, po prostu musiałam go mieć. Miałam sporą frajdę wypakowując go z paczki ☺
A do tego - zobaczcie, jakie cudowne chusteczki złowiłam :) Jestem dziwadłem, zawsze mam przy sobie oprócz chusteczek papierowych również taką płócienną. Jakiś taki nawyk :) O dziwo, przydaje się w rozmaitych sytuacjach - a to do zasłaniania ust przy kichaniu i kaszlu, a to do ocierania łez w drodze do pracy ~^^~, a przy tym im piękniejsza, tym przyjemnie się jej używa. Mam w moich zbiorach i batystowe, i ze szwajcarskiego muślinu, ręcznie haftowane i w ogóle rozmaite. Ta z szeroką, tiulową koronką wydaje się być stworzona do powiewania za odjeżdżającymi, nie uważacie?
A do tego - zobaczcie, jakie cudowne chusteczki złowiłam :) Jestem dziwadłem, zawsze mam przy sobie oprócz chusteczek papierowych również taką płócienną. Jakiś taki nawyk :) O dziwo, przydaje się w rozmaitych sytuacjach - a to do zasłaniania ust przy kichaniu i kaszlu, a to do ocierania łez w drodze do pracy ~^^~, a przy tym im piękniejsza, tym przyjemnie się jej używa. Mam w moich zbiorach i batystowe, i ze szwajcarskiego muślinu, ręcznie haftowane i w ogóle rozmaite. Ta z szeroką, tiulową koronką wydaje się być stworzona do powiewania za odjeżdżającymi, nie uważacie?
Subskrybuj:
Posty (Atom)


















